poniedziałek, 28 lipca 2014

Trudne początki

Kupiłam na początku roku wrzeciono. Ładne, drewniane, polskiej firmy narzędzie przyszło pocztą zapakowane jak skarb. Pamiętam mój zachwyt, który przy pierwszych próbach z pasmem wełny szybko zmienił się w ogromną rozpacz. Każdy film instruktażowy pokazywał piękną, równą nitkę, która wcale się nie rwała przy przędzeniu. U mnie nitka ani cienka być nie chciała, ani choć odrobinę równiejsza, ba, ona nawet nitką sobie nie życzyła zostać. I co tu zrobić? Cały wór wełny na próby kupiony, wrzeciono piękne i skore do pracy, a ja chyba dwie lewe ręce mam do przędzenia...

Pełna zwątpienia wzięłam gar i nawrzucałam według przepisu utrwalaczy, barwników (naturalnie naturalnych) i wełnę. Jak się skręcać w ładną nitkę nie chce to niech chociaż koloru nabierze. Gotowałam, mieszałam i czułam się jak wiedźma przyrządzająca magiczną miksturę o dziwnej barwie i obrzydliwym zapachu, który okazał się nieoczekiwanym efektem ubocznym mojej radosnej zabawy.  Po ostatnim etapie ubrania wełny w kolor postanowiłam dać nam jeszcze raz szansę. Jak to się mówi "do trzech razy sztuka". Żeby była jasność - na trzech razach się wcale nie skończyło, prób było więcej, ale w końcu doszłyśmy ze sobą do ładu i oto pierwsza, dłuższa niż kawałek, nitka o nieznanej mi wadze. Mierzy sobie 10,50 m. Istny szał! Zwinąć się nie chciało porządnie (owca musiała być bardzo uparta i wełnie zostało!), ale jako tako do zdjęcia pozowała.


Zabawa w kolorowanie wełny tak mi się spodobała, że runo zabarwiłam też na niebiesko-fioletowo. Leży sobie na komodzie i czeka, aż może i z nim podejmę walkę. Owca, która odsprzedała mi swoje dobra jest mi nieznana (a jakoś nie pomyślałam by zapytać). W dotyku wełna jest szorstka, trochę sztywna i pasma wyglądają na krótkie. Ten ostatni czynnik, tak mi się zdaje, podniósł mi poprzeczkę w nauce przędzenia...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz