Chciałam skończyć najpierw koc, czyli mój pierwszy projekt, ale utknęłam. Zbrakło mi wrzosowej włóczki i nie mogę dziergać dalej. Swoją drogą musiałam zmysły stracić gdy wymyśliłam sobie by zrobić koc. Nie kocyk, tylko właśnie koc. Miał być super prosty, ale wciąż koc. Całość wrzuciłam do szafki - musi poczekać na dostawę włóczki. Skoro jednak miałam inne wolne motki to zrobiłam szalik. Cienki, lekki i dostosowany do moich umiejętności. W sam raz na wiosnę. Czapka by się przydała, ale po dwóch próbach posłałam ją do kosza (spruć się nie dało, za mocno poplątałam nitki). Czapki zatem nie będzie. Przynajmniej w najbliższym czasie. A oto i szalik:
Najlepiej jego kolor oddaje lewy górny kwadrat, choć nie w pełni. Niestety, mój aparat się wziął i zepsuł jakiś czas temu, a do tej pory jakoś nie pomyślałam o nowym... Szalik na zdjęciu wygląda trochę na krzywy, ale to złudzenie. Tylko ten dół się zwija w rulonik i przestać nie chce. Czytałam o blokowaniu, ale chyba odwagi mi brak...
Dane techniczne:
Czas: nie liczyłam, bo zapomniałam, a chciałam sprawić na ile mnie pochłonie
Włóczka: szaro-niebieskie coś było bez banderolki (może jej się odpadło), ale pamiętam, że kupowałam stugramowe coś, co moher w sobie miało; druga to INTER-FOX'owy Mohair 50g w kolorze rudym
Zużycie: Jakaś niewielka (w porównaniu z całym kłębkiem) część niewiadomej oraz większe pół Mohairu
Uwagi: Jak pragnę zdrowia, nigdy więcej. Nie wiem czy tak je kręcą, czy moher tak działa, a może zwyczajnie miałam pecha, ale tak mi się nitka rozdwajała, że co i rusz gdzieś wyciągałam warstewka po warstewce inne oczka. Efekt końcowy jest przyzwoity, ale sama robota to droga przez mękę. Poza konkursem, jest tam za dużo akrylu, choć jedna ma go więcej, a druga mniej, ale to akurat moja wina, bo poskąpiłam na lepszą wełnę zakładając, że pierwsze robótki na pewno nie będą powalać na kolana, więc lepiej kupić tańszą co by ewentualnie szkoda nie było. Nie mam pojęcia o czym myślałam w przypadku włóczki na koc, ale na szczęście nie jest moherowa...
I co na dodatek zrobiłam? A raczej czego nie zrobiłam? Próbki... To już drugi raz i za każdym razem żałuję, bo potem pruję albo mi się nie podoba lub jeszcze inne cuda muszę tworzyć... Szalik też prułam, ale to dlatego, że przy zmianie koloru pomyliłam się w przerabianiu dwóch rzędów oczek... Później zauważyłam, że coś wzór mi się nie zgadza i nie było wyjścia, trzeba było pruć... I teraz myślę, że gdybym jednak zrobiła próbkę to inaczej wprowadziłabym drugi kolor. Upartość to zła cecha. A skleroza jednak boli na swój własny pokręcony sposób.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz