środa, 31 grudnia 2014

Biżuteria dziewiarska / Knitting jewelly

Nie zdążyłam skończyć swetra. Utknęłam na rękawach. Właściwie to będę znowu pruć, bo się nie układają jak trzeba.
I didn't manage to finish my cardigan. I stucked with sleeves. Well, I'm gonna destroy them, again.

Oczywiście, w całym świątecznym zamieszaniu, które trwało chyba z dobry tydzień, zapomniałam zrobić zdjęć chuście. Oraz czapce. Głowogrzej ma tylko jedno machnięte przed praniem i nic poza tym, a szanse na uwiecznienie go teraz są zerowe.
Of course, I forgot to take photos of shawl and hat, because of the Christmas madness which last for week or so. The hat has only one photo made before washing. And no chances to make more pictures of it.

Sztuczne światło / Artifical light

wtorek, 16 grudnia 2014

Spieszę się! / I'm in hurry!

Spieszę się, mocno spinam by zdążyć do Świąt. Trochę by udowodnić sobie, że jak chcę to dam radę i potrafię sama sobie wyczarować części garderoby niekoniecznie wynosząc je w jednym kawałku z ciuchosklepu, a trochę by móc już cieszyć się nowym swetrem. Doszłam do jedynego słusznego wniosku - swetropodobnych mam zdecydowanie za mało, więc powinnam sobie ich zrobić więcej.
I'm in hurry to finish my sweater before Christmas. I'd like to prove myself that I can make it and I have possibility to make something to wear instead buying it in shop with clothes. And also it would be cool to make myslef happy about new cardigan. Well, I came to a conclusion that I definitly need more of them so I should knit more.

środa, 26 listopada 2014

Szara gwiazda / Grey Star

Na początku miesiąca zrobiłam czapkę. Była nawet ok, ale długo się nią nie nacieszyłam, bo... przepadła. Nie mogę jej nigdzie znaleźć, a szukałam już wszędzie. Nawet mąż próbował ją odnaleźć, ale czapka zapadła się pod ziemię. Szkoda.
I made a hat at the beginning of this month. It was ok, but I lost it. I was looking everywhere, but still didn't find it. Even my husband tried to help me, but seems like it's just gone. Pity.

Czapa była z wzoru Star Crossed Slouchy Beret autorstwa Natalie Larson. Ładna, prawda?
Pattern is Star Crossed Slouchy Beret by Natalie Larson. Pretty, isn't it?


Źródło: www.raverly.com / Source: www.raverly.com

niedziela, 2 listopada 2014

City Lace Shawl

Tak, tak, taaak! W końcu ją skończyłam. Ideałem nie jest, ale efekt końcowy mnie zadowala. Ażurowy brzeg prułam kilkanaście razy, ale tak bardzo ją chciałam, że postanowiłam się nie poddawać. Nie jestem wprawionym machaczem drutami, a dodatkowo potknęłam się o błąd lub dwa, ale generalnie po zamknięciu ostatnich oczek City Lace Shawl, autorstwa Anny Szymanowskiej, piałam z zachwytu. Tak bardzo podoba mi się chusta oraz cudnej urody włóczka z której ją wykonałam - Malabrigo Rios.
Yes, yes, yeeeees! I finally finished it. It's not perfect, but I like it. I unstitched border over a dozen times, but I wanted this shawl so much that I decided to not give up. I'm not pro knitter, besides I came across a mistake or two, but when I binded last stitches of City Lace Shawl by Anna Szymanowska, I was so excicted! I absolutely love this shawl and marvelous beauty yarn which I used - Malabrigo Rios.



piątek, 26 września 2014

Się robi / In progress

Ostatnio mnie więcej nie ma niż jestem z powodu namiętnej produkcji pracy dyplomowej. Nie oznacza to, że druty całkiem porzuciłam. Otóż dziergam w momentach, gdy pisanie mi brzydnie, a głowa pęka od nadmiaru nieuporządkowanej treści. A dziergam chustę. Nie, sukienki nie skończyłam, ale prędzej czy później to nastąpi. Musiałyśmy od siebie chwilę odpocząć, szczególnie kiedy wróciłam do domu z przewiniętym Riosem. Generalnie tego nie praktykuję. Robię jedno od początku do końca, ale na widok mięsistej miękkości zgłupiałam całkowicie i nieodwołanie.
I've been busy since last time, 'cause I'm working hard on my thesis. I'm still knitting, but less. And I'm knitting shawl. No, I didn't finish my dress. We had to stay away from eachother for a while. That's not my style of working, but I lost my mind when I got home with soft Rios.

Kilka dni wcześniej (jaszczur w czasie spaceru zafascynował się kłębkami):
Few days before (lizzy during her walk got fascinated with my yarn):


Jadalne to to? / Foooood?

Dzisiaj:
Today:



Muszę przyznać, że kolor jest obłędny. Bardzo mi się podoba to jak się miesza, plącze, a w końcu bytuje w mojej przyszłej chuście. Trudno go uchwycić, ale tak to już z pięknem bywa, że złapać je ciężko...
I have to admit that the color is amazing. I really love how it mix in my shawl. It's quite hard to take a good picture of it, but that's how the beauty works - almost imposibble to catch with camera...

piątek, 12 września 2014

Magic Loop i sukienka... / Magic Loop and a dress...

Byłam na spotkaniu w Magic Loopie. Po raz pierwszy i myślę, że nie ostatni. Ruch jak na Marszałkowskiej, tłok jak w metrze.... Co tam się działo! Absolutnie pozytywna sprawa. Polecam zerknąć na fanpage sklepu (daję link do wydarzenia).
I was at the meeting in Magic Loop. It was my first time and not the last one I suppose. The meeting was like traffic on Marszałkowska street, crowded like in an underground... It was absolutely great. You can check the photos from meeting on the shop's fanpage (here is the link to the event).


Sukienka powoli wykańcza się na długości. Brakuje jeszcze 10 cm bym mogła cieszyć się z zamykania oczek. Pozostaną rękawy i poprawienie dekoltu. Wybitnie dłużyły mi się prace nad nią, a czasem bywały dni kiedy w ogóle druty leżały do góry brzuchem. Już się nie mogę doczekać końca.
My dress is slowly coming to an end. It's still missing like 10 cm. Then I'll make the sleeves and finish neckline. It takes me sooooo long time to end it. There were days that I didn't touch the knetting needles. I can't wait the end.




Ale... zrobiłam kolejny obrus. To już drugi, a trzecie podejście do krosna.
But... I made another tablecloth. That's the second tablecloth and third time weaving on loom.





poniedziałek, 1 września 2014

Próba / Experiment

Zawsze do powiedzenia mam dużo, ale dzisiaj ograniczę się do tylko kilku szybkich zdjęć. Po tygodniu chorowania nie mam formy do dłuższych wypowiedzi...
I always have a lot to say, but today I'm gonna show only few photos. After a week of beeing ill, I'm not in condition to speak longer.

Sztuczne światło / artificial lighting

Sztuczne światło / artificial lighting
Obrusik gniecie się jak szalony...
Tablecloth creases really hard.

Słabe światło / poor sunlight

Słabe światło / poor sunlight


Tyle na dzisiaj. Niebawem (mam nadzieję) sukienka.
That's it for today. Soon I will show (I hope so) new dress.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Chcę to potrafię...

Pomyślałam, że tym razem dodam trochę tego i owego do sukienki lecz zbrakło mi ułatwiacza-życia, czyli drutu pomocniczego. Z prostego spadało i przeszkadzał (długością oraz wagą), więc uruchomiłam szare komórki, zaangażowałam mężowe dłonie i... otrzymałam szybkie rozwiązanie mojego problemu (a stare druty znalazły zastosowanie) ^^





Trudno o idealne rozwiązanie wieczorem. Myślałam, że będzie to tylko chwilowy zamiennik, dopóki w sklepie nie dorwę właściwego, ale skoro spisuje się dobrze to ma szansę pozostać ze mną nieco dłużej niż pierwotnie zakładałam.
Myślę, że nawet duża agrafka by się sprawdziła, ale jakoś nie miałam żadnej pod ręką by potwierdzić moje przypuszczenia.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Trudne początki

Kupiłam na początku roku wrzeciono. Ładne, drewniane, polskiej firmy narzędzie przyszło pocztą zapakowane jak skarb. Pamiętam mój zachwyt, który przy pierwszych próbach z pasmem wełny szybko zmienił się w ogromną rozpacz. Każdy film instruktażowy pokazywał piękną, równą nitkę, która wcale się nie rwała przy przędzeniu. U mnie nitka ani cienka być nie chciała, ani choć odrobinę równiejsza, ba, ona nawet nitką sobie nie życzyła zostać. I co tu zrobić? Cały wór wełny na próby kupiony, wrzeciono piękne i skore do pracy, a ja chyba dwie lewe ręce mam do przędzenia...

Pełna zwątpienia wzięłam gar i nawrzucałam według przepisu utrwalaczy, barwników (naturalnie naturalnych) i wełnę. Jak się skręcać w ładną nitkę nie chce to niech chociaż koloru nabierze. Gotowałam, mieszałam i czułam się jak wiedźma przyrządzająca magiczną miksturę o dziwnej barwie i obrzydliwym zapachu, który okazał się nieoczekiwanym efektem ubocznym mojej radosnej zabawy.  Po ostatnim etapie ubrania wełny w kolor postanowiłam dać nam jeszcze raz szansę. Jak to się mówi "do trzech razy sztuka". Żeby była jasność - na trzech razach się wcale nie skończyło, prób było więcej, ale w końcu doszłyśmy ze sobą do ładu i oto pierwsza, dłuższa niż kawałek, nitka o nieznanej mi wadze. Mierzy sobie 10,50 m. Istny szał! Zwinąć się nie chciało porządnie (owca musiała być bardzo uparta i wełnie zostało!), ale jako tako do zdjęcia pozowała.


Zabawa w kolorowanie wełny tak mi się spodobała, że runo zabarwiłam też na niebiesko-fioletowo. Leży sobie na komodzie i czeka, aż może i z nim podejmę walkę. Owca, która odsprzedała mi swoje dobra jest mi nieznana (a jakoś nie pomyślałam by zapytać). W dotyku wełna jest szorstka, trochę sztywna i pasma wyglądają na krótkie. Ten ostatni czynnik, tak mi się zdaje, podniósł mi poprzeczkę w nauce przędzenia...

czwartek, 24 lipca 2014

Poszewka na poduszkę ozdobną...


została oficjalnie uznana za skończoną. Osiągnęła 40 cm w szerokości oraz tyle samo w długości, co czynią ją idealną poszwą ozdobną na standardową poduszkę. Centrum każdego elementu wypełnia kolorowy kwiatek, a obwódka została potraktowana bielą. W mojej ocenie całość prezentuje się słodko i cukierkowo, ale nie mdło. Poduszkowy kubraczek został wyszydełkowany z Arwetty Classic. Największą zaletą tej włóczki jest to, że można prać ją w pralce! Czemu największą? Przy wyborze kłębków do tego projektu główne kryterium brzmiało: pralkoodporna. Nie każdy może i lubi prać ręcznie. Nasiąknięte wodą wyroby potrafią być bardzo ciężkie, a poszwa to "zamówiony" prezent-niespodzianka. Zatem musiałam ją zrobić pralną w maszynie...

Tyle miałam radości...

Poszwa wieloczęściowa


I radość w jednym kawałku (bez puchatego wypełniacza)...


Poszwa romantycznie "rozrzucona"

Oraz poskładana w grzeczną kostkę



Kolorowego dnia!

piątek, 18 lipca 2014

Cukierkowe zakupy

Znowu zaopatrzyłam się w Arwettę. Tym razem w innym celu...



A sweterek się dzierga. Bardzo powoli i pewnie czas zakończenia prac się nieco wydłuży z powodu nowo nabytych kolorowych cegiełek...

A po wełnianych zakupach zajrzałam do pewnej specyficznej zapiekankowni. Zapiekanki są ok, więc z przyjemnością wchłonęłam niemal całą, ale to, co miałam do picia w szklanej buteleczce to poezja! Od razu przypomniało mi się dzieciństwo. Jako kilku, a później i kilkunastolatka bywałam na wakacjach u prababci na wsi. Tam też, używając rower otrzymany na komunię, śmigałam do jedynego sklepu oddalonego o kilometr, góra dwa od domu by napić się oranżady. Babcia dawała mi kilka złotych bym mogła zanurzyć się w niezdrowym, mocno cukrowym napoju w kolorze różowym, pomarańczowym lub bezbarwnym. Buteleczka tegoż specyfiku kosztowała śmieszne gorsze, o ile dobrze pamiętam coś koło 50. Ale ileż dawało to radości... Chłodna oranżada, wypita na ławce w cieniu drzewka (najpewniej owocowego) w upalny dzień była czymś wyjątkowym i cudownie przyjemnym. I w zapiekankowni w centrum odnalazłam dzisiaj to trochę przykurzone wspomnienie słodkiego smaku dzieciństwa ^^


Zdjęcie wykonane przez towarzysza konsumpcyjnego

sobota, 12 lipca 2014

Nie trafiłam

Starczyłoby, nie starczyłoby, jeden czort teraz. Całość sprułam do zera. Jednak mi nie odpowiadał ten pasiak. Od samego początku miałam wątpliwości, ale powtarzałam sobie, że pasiastego w używaniu nie mam to jedno coś mogę mieć. A jednak nie mogę. Może gdybym inaczej rozplanowała pasy... Nieważne już. Sukienka wykonana w ponad połowie bez sprzeciwu poddała się destrukcji.




Włóczka zaczęła się przerabiać na niezapinany sweter z długim rękawem. Takie postanowiłam jej dać drugie życie. Akurat swetrów zawsze mi za mało, więc ten niech będzie przyjemnym zakończeniem nieudanego początku znajomości z Arwettą...

poniedziałek, 7 lipca 2014

A jednak...

Szal sprułam do zera. Dawno temu. Nie będzie Birda ani niebieskiego, ani fioletowego. Zapowiadał się nieźle, ale rozum mnie opuścił i zmieniłam nitkę. Ta druga okazała się, delikatnie mówiąc, do kitu, a po raz kolejny zaczynać mi się nie chciało.
I z tego wszystkiego zrobiła (prawie) się sukienka. Sukienka z całkiem fajnej nowości. Owa nowość (choć dla mnie prawie wszystkie włóczki są nowościami xD) zainteresowała mnie i skłoniła do nabycia w Magic Loopie 7 Arwett. W dniu zakupów liczba 7 wydawała mi się słuszna, jednak po 4 motkach czuję, że owego dnia słonko musiało mi przygrzać za mocno, bom w obliczeniach się pomyliła znacznie. Jednakże, jak to mawiają, nadzieja umiera ostatnia, więc bardzo mocno trzymam się tej blednącej wizji sukienki z 7 cegiełek.

W podróży


Muszę przyznać, że w Madrycie mają wypasiony sklep. Przybytek ten ma dwa piętra, a niemal całą powierzchnię zajmują szafki od podłogi do sufitu zawalone niemal nieopisanymi zawijaskami (sprzedawane są na kilo, a jedyna szczegółowa informacja to cena za kg i czasem skład). Dogadać się z tubylcami ciężko, gdyż angielski jest tam obsługiwany przez nielicznych, a na pytanie o skład uzyskałam odpowiedź, że to na pewno to co chcę :)


Próbki można macać do woli, a nad nimi prezentują się gotowe wyroby ^^



Przywiozłam ze sobą troszeczkę radości (z madryckiego sklepu tylko te fioletowe zawijaski)...

Kolory mają prawie jak na żywo


Pozbierałam też troszkę muszelek. Żal mnie przepełnia, gdy myślę, że było ich tam więcej i czekały na mnie, a ja nie miałam tyle czasu by wszystkie zebrać i w walizce przywieźć do domu.




A teraz uwaga - reklama. Nazare jest czaderskie. Czaderskie są na plaży muszelki, czaderskie są niepozorne fale, które 3 metry od brzegu zmoczyły mnie po siedzenie, czaderskie są widoki i czaderskie mają chusty w pobliskich sklepikach. Jedzenie jest średnio czaderskie, a ceny do czaderskości mają bardzo daleko. Koniec reklamy.

Między "piętrami" można podróżować kolejką




Uwielbiam podróżować. Zachwyca mnie w tym wszystko: widoki przez szybę pojazdu, którym przemierzam świat, zapachy regionalnych dań czy przypraw, architektura miasta, piękno zieleni, żyjątka... Do tej pory najpiękniejszym miejscem, które odwiedziłam było macedońskie Ohrid z nieziemsko pięknym jeziorem. Z takim samym zachwytem wspominam Rumunię (tylko samochodem, podróż do Rumunii samolotem to jak dzierganie królewskiej sukni ślubnej z najgorszego akrylu śmierdzącego zepsutą rybą). Mogłabym tam wracać co roku. Choć i w 2014 już w Rumunii byłam, to wciąż uwielbiam ją tak samo. To chyba jedno z miejsc, które nigdy mi się nie znudzi... Ponadto w "Dimitrie Gusti" National Village Museum w Bukareszcie poznałam miejscowego słodziaka - koteczka...!



czwartek, 12 czerwca 2014

Żarłoczny pomocnik

Żaba wspomaga mnie w dzierganiu. Cały czas przytula (wiecznie głodną) paszczę do szyby i zerka co tam mi w rękach zalega. Idę o zakład, że zastanawia się czy da się to zjeść i kiedy w końcu się o tym przekona.

"Jedzenieeeee!"


Ten żarłok jest tak monotematyczny, że nawet zdjęcia sobie nie dała przyzwoitego zrobić, bo od razu paszcza chciała pochłonąć całe urządzenie wraz z moją ręką (po łokieć!).


Fioletowy Bluebird

wtorek, 10 czerwca 2014

Nie, nie, nie i jeszcze raz nie...

Nie idzie mi ostatnio dzierganie. A może wyczerpałam już limit sukienek na ten rok...W każdym razie drugą kieckę prułam do zera już dwa razy. Wełenka, o dziwo, ma się całkiem dobrze i by nie patrzyła na mnie z wyrzutem, schowałam ją do szafki. Najwyraźniej w najbliższym czasie się nie dogadamy...

Wzięłam się za coś innego (Bluebird Lace Scarf autorstwa Kary Peterson). Jak na razie idzie jak krew z nosa. Coś czuję, że ten miesiąc będzie zupełnie niedrutowy, ani nawet nieszydełkowy. Czas w czerwcu mija mi w zawrotnym tempie, a nie potrafię robić wielu rzeczy drutując. Jak mam druty to im poświęcam większość uwagi. Jeszcze film czy serial da się obejrzeć, ale czytać? uczyć się? nie da rady i już. Czasem podczas "gotowania" zdarza mi się machnąć kilka oczek nad koszyczkiem, ale to w oczekiwaniu na ugotowanie się/upieczenie wody/ryżu/zupy/ciasta/ryby/innych-prawdopodobnie-duporosłych-dobroci*. 
* niepotrzebne skreślić.

Dzisiaj odbyła się masowa produkcja dżemów truskawkowych. Udało mi się zrobić... całe trzy słoiczki. Całe szczęście, że dzień się jeszcze nie skończył i wciąż mam michę (wiadropodobną) truskawek, więc będę mogła poprawić ten wstydliwy wynik...


poniedziałek, 5 maja 2014

Oczko za oczkiem, rząd za rzędem...

Mija dzień za dniem, a ja powoli prę do przodu. Oczko za oczkiem, rząd za rzędem, macham drutami w żółwim tempie. Już chciałoby się robić ostatnie przymiarki, nosić, a tu wciąż tyyyyyyyyyle do dziergania. Zatem, podziwiając swoją cierpliwość, dalej powtarzam swoją mantrę - oczko za oczkiem, rząd za rzędem.

1

środa, 16 kwietnia 2014

Dwie Proste LaLe

Oto i one, milusińskie, według wzoru Laury Linneman LaLa's Simple Shawl:

Kolory na żywo są mnie agresywne





Nie mogłam się powstrzymać i nieco zmodyfikowałam to i owo, ale rdzeń pozostał bez zmian. Chusty powstały z Malabrigo Baby Silkpaca lace.
Wybrałam udzierg podwójną nitką i mój zachwyt na jej cudownością sprowadził na ten świat drugą chustę w kolorze wina nieco rozcieńczonego wodą. Z efektu końcowego jestem zadowolona, bo i prezentują się przyzwoicie. Nawet Mój Luby przyznał, że miłe toto, choć na wełnę zawsze kręci nosem. Ba, nawet przytaknął, że ładne wyszło. Urosłam zatem nieznacznie, w duchu oczywiście, bo centymetrów mi raczej już nie przybędzie. Obie "LaLe" wędrują do innych rączek, jako prezent, i mam nadzieję, iż nowym właścicielkom się spodobają...

Przysposabiam się do nowego projektu. Zamarzyło mi się coś całkiem mojego. Po przejrzeniu zapasów znalazłam nawet chętne włóczki do pomocy w wykonaniu mego misternego planu. Powstrzymuje mnie fakt, iż każdy kłębek jest z innej parafii i aż strach myśleć, jakież monstrum z tego powstać może. A tworzą taki uroczy zespół...

Szary, fioletowy i granatowy (na zdjęciu żaden nie wygląda
nawet w połowie tak ładnie jak na żywo)

niedziela, 23 marca 2014

Małe krągłości

Przewijam, dziergam, przewijam... Jako, iż nie posiadam udogodnień technicznych, przewijam ręcznie. Piękne kuleczki lądują na półce gotowe do użycia. Precelki są mega urocze, ale ileż problemów by sprawiały przy dzierganiu...
A oto przykładowe kuleczki:

Malabrigo Lace w kolorze burzowego nieba 


Malabrigo Baby Silkpaca w kolorze bardzo delikatnie zachmurzonego nieba w słoneczny dzień




Oraz, jak dla mnie, news tygodnia: Australia ratuje nieloty sweterkami zrobionymi na drutach! Hop! do artykułu. Interesująca inicjatywa, prawda? :)

środa, 12 marca 2014

Wiosenne porządki

Przeglądając moje zasoby poupychane w różnych miejscach, znalazłam 2 kłębki tego cudeńka:


Zdążyłam już zapomnieć, że je kupiłam, a szukałam właśnie podobną włóczkę na chustę. Uradowana chwyciłam druty (7) i zaczęłam taniec z oczkami. Wzór jest bardzo prosty - oczka prawe i narzuty w każdym rzędzie (zaczęłam od 3, przerobiłam je wszystkie na prawo, a dopiero w następnym rzędzie dodawałam po pierwszym i przed ostatnim oczkiem narzut). Moja radosna twórczość sprowadziła na ziemię tę oto, średnią w wielkości, ślicznotkę:



Nie mam "baby", a odpowiedniej modelki do prezentacji mi zbrakło, zatem dzisiaj chusta w pozycji leżącej.

poniedziałek, 10 marca 2014

Koc

Dużo czasu zajęło mi wyszydełkowanie poszczególnych elementów i zszycie ich w całość... Ale było warto! Oto i on - kocyk z dużą ilością powierzchni grzejącej:

Kolory ma prawie jak na żywo


A tu na swoim miejscu :)


Dane techniczne:
Przędza: ROSETTI First Class w kolorach 149-16 (pudrowa śliwka) i 149-21 (wrzos); łącznie zużyłam kilkanaście motków (może nawet 20).
Czas: Nie liczyłam, ale miesiąc spokojnego dzióbania minął.
Wzór: Granny squares z kołem w podstawie. 10 w rzędzie, każdy po ~11 cm. Rzędów mam 14 i wymiary są dla mnie w sam raz :)
Uwagi: Zapamiętać! Od razu kupić odpowiednią ilość motków. Inaczej ciężka masakra na kółkach kwadratowych, bo poszczególne partie potrafią się między sobą różnić i kolorem i jakością przędzy. Niestety. W moim kocu nie rzuca się to tak bardzo w oczy, bo dwa kolory ma przemieszane, jednakże w dzierganiu ciągłym jedną barwą różnica będzie widoczna bez szczególnego przyglądania się. Nie wierzyłam, póki się o tym sama nie przekonałam.

Szydełkowałam wszędzie gdzie miałam ochotę - u rodziców, na tarasie, na fotelu przy biurku, na łóżku... Mobilne zajęcie to wspaniała rzecz :)

Piękna wiosna przyszła. Oby taka cudna została do lata!

poniedziałek, 17 lutego 2014

Ko(ń)ca nie widać...

Włóczka przybyła, a ja się rozmyśliłam. Wizja innego, ładniejszego koca tkwiła we mnie od dłuższego czasu, ale przecież miałam nie pruć, toteż odganiałam ten natrętny głosik skandujący wciąż "inny, inny, inny!". Koniec końców wygrał, bo nauczyłam się babunich kwadratów na szydełku i tak jakoś mi się to spodobało, że całkowicie poddałam się geometrycznemu szaleństwu.


Aktualnie koc prezentuje się tak:

Nie jest to nawet 1/3 całości, ale przyjemności z szydełkowania mam tak dużo, że boję się za szybko skończyć ;)

Możliwości, jakie dają granny squares są niezliczone. Zszywa się je w poncza, koce, spódnice, swetry, torby i wszystko co tylko podsunie wyobraźnia. Podstawowe kółeczka można zmienić na kwiatki, serduszka, gwiazdki, a nawet sówki. Te ostatnie są super przeurocze...

piątek, 24 stycznia 2014

Ryżowy komin

W trakcie oczekiwania na wełnę do koca, chwyciłam w ręce prasę. Przerzucając strony czasopism o dzianinach wykonanych na drutach lub szydełku, moją uwagę przykuł komin. Nie był w moim typie, ale wzięłam druty, chwyciłam włóczkę i po swojemu zaczęłam dzióbać. W sumie w 4 godziny wymachałam komin (19,5 cm x 100 cm).





Dane techniczne:
Przędza: 1 sztuka Doris NATURA w kolorze szarym.
Czas: 4 godziny
Wzór: Nabieramy 24 oczka na druty nr 7 (według producenta włóczki 7,5-8) i jedziemy ryżem podwójnym przez 154 rzędy. Dla ułatwienia, początkującym proponuję rozpisać sobie każdy rząd i odhaczać przerobione. Mi to pomogło. A wyglądało to tak:
Rz1: b.o., p. o., l. o.,
Rz2: b.o., p. o., l. o.,
Rz3: b. l. p.
Rz4: b. l. p.
itd. przy czym oczko brzegowe (b.o.) zawsze przerabiałam na prawo. Na końcu zszywamy i gotowe.
Uwagi: Akryl jest wdzięcznym włóknem do nauki. Nie miałam z nim większych problemów. Choć efekt końcowy jest ok, to następnym razem spróbuję zrobić komin/szal z czegoś jeszcze bardziej przyjemnego w dotyku.

Czym się różnią ryże?
Ryż pojedynczy wygląda tak:
Rz1: o.p., o.l.,
Rz2: o.l., o.p,
Powtarzaj rzędy 1-2 ile fabryka dała :)

Ryż podwójny wygląda tak:
Rz1: o.p., o.l., o.b. (według książki zrób prawe)
Rz2: o.l., o.p., o.b. (zrób lewe)
Rz3: o.l., o.p., o.b. (lewe)
Rz4: o.p., o.l., o.b. (prawe)
Powtarzaj rzędy 1-4.

Co do prasy, którą przeglądałam: owszem, jest tam sporo ładnych wdzianek, ale zdecydowanie nie dla początkujących. Komin się trafił, ale był jedyną rzeczą, na którą mogłam się zdecydować bez oporów. Jednak pooglądać sobie mogę, a nawet lubię :)

wtorek, 14 stycznia 2014

Powitanie wiosny w środku zimy

Chciałam skończyć najpierw koc, czyli mój pierwszy projekt, ale utknęłam. Zbrakło mi wrzosowej włóczki i nie mogę dziergać dalej. Swoją drogą musiałam zmysły stracić gdy wymyśliłam sobie by zrobić koc. Nie kocyk, tylko właśnie koc. Miał być super prosty, ale wciąż koc. Całość wrzuciłam do szafki - musi poczekać na dostawę włóczki. Skoro jednak miałam inne wolne motki to zrobiłam szalik. Cienki, lekki i dostosowany do moich umiejętności. W sam raz na wiosnę. Czapka by się przydała, ale po dwóch próbach posłałam ją do kosza (spruć się nie dało, za mocno poplątałam nitki). Czapki zatem nie będzie. Przynajmniej w najbliższym czasie. A oto i szalik:




Najlepiej jego kolor oddaje lewy górny kwadrat, choć nie w pełni. Niestety, mój aparat się wziął i zepsuł jakiś czas temu, a do tej pory jakoś nie pomyślałam o nowym... Szalik na zdjęciu wygląda trochę na krzywy, ale to złudzenie. Tylko ten dół się zwija w rulonik i przestać nie chce. Czytałam o blokowaniu, ale chyba odwagi mi brak...


Dane techniczne:
Czas: nie liczyłam, bo zapomniałam, a chciałam sprawić na ile mnie pochłonie
Włóczka: szaro-niebieskie coś było bez banderolki (może jej się odpadło), ale pamiętam, że kupowałam stugramowe coś, co moher w sobie miało; druga to INTER-FOX'owy Mohair 50g w kolorze rudym
Zużycie: Jakaś niewielka (w porównaniu z całym kłębkiem) część niewiadomej oraz większe pół Mohairu
Uwagi: Jak pragnę zdrowia, nigdy więcej. Nie wiem czy tak je kręcą, czy moher tak działa, a może zwyczajnie miałam pecha, ale tak mi się nitka rozdwajała, że co i rusz gdzieś wyciągałam warstewka po warstewce inne oczka. Efekt końcowy jest przyzwoity, ale sama robota to droga przez mękę. Poza konkursem, jest tam za dużo akrylu, choć jedna ma go więcej, a druga mniej, ale to akurat moja wina, bo poskąpiłam na lepszą wełnę zakładając, że pierwsze robótki na pewno nie będą powalać na kolana, więc lepiej kupić tańszą co by ewentualnie szkoda nie było. Nie mam pojęcia o czym myślałam w przypadku włóczki na koc, ale na szczęście nie jest moherowa...

I co na dodatek zrobiłam? A raczej czego nie zrobiłam? Próbki... To już drugi raz i za każdym razem żałuję, bo potem pruję albo mi się nie podoba lub jeszcze inne cuda muszę tworzyć... Szalik też prułam, ale to dlatego, że przy zmianie koloru pomyliłam się w przerabianiu dwóch rzędów oczek... Później zauważyłam, że coś wzór mi się nie zgadza i nie było wyjścia, trzeba było pruć... I teraz myślę, że gdybym jednak zrobiła próbkę to inaczej wprowadziłabym drugi kolor. Upartość to zła cecha. A skleroza jednak boli na swój własny pokręcony sposób.